o2o

 Rozdział 1 – pojmanie nekromanty.
Deszcz padał już od kilku godzin, ale nie mogliśmy przestać go gonić. Musieliśmy go złapać i oddać pod sąd kapłance.
- Jest tam – szepnął dowódca. Wtedy wszyscy go zobaczyliśmy. Nekromanta. Pojawił się znikąd i narobił wiele szkód. Nie mogliśmy dopuścić by znów nam uciekł. Kilka godzin temu zaskoczyliśmy go na polanie, ale zdołał nam się wymknąć.
- Tym razem nie może nam uciec – powiedział Mateusz – w pełni się z nim zgadzałem.
Nasza pogoń trwała już drugi dzień. Byliśmy zmęczeni. Mieliśmy na sobie ciężkie zbroje. Były typowe. Miały na sobie herb naszego królestwa. Był to jeleń na żółtym tle. Nic nadzwyczajnego, zwykle nie zajmuje się podziwianiem drobnych elementów, nawet tak ważnych jak herb.
- Jaki mamy plan? – Z rozmyślenia wyrwało mnie pytanie zadane przez Pawła
- Musimy go okrążyć, by nie miał dokąd uciec. Danielu – zwrócił się do mnie – zaatakujemy go od frontu. Mateusz i Paweł wy odetniecie mu drogę ucieczki od tyłu. Pozostali rozdzielcie się na 2 grupy i oskrzydlicie go.
Nasz dowódca Piotr był bardzo dobrym przywódcą. Potrafił obrać najlepsze strategie do potyczek, dzięki czemu zwykle wygrywaliśmy.
Rozejrzałem się jeszcze dookoła. Okolica była bardzo piękna. W oddali widzieliśmy góry. Z lewej strony płynęła niewielka rzeka. Jeden z naszych towarzyszy nabrał z niej wody do butelki. Długa pogoń wyczerpała nasze zapasy.
- Zajmijcie pozycje za 2 minuty atakujemy – rozkazał dowódca. Posłusznie zajęliśmy miejsca. Było nas w sumie 10-ciu. Nekromanta był jeden, ale mógł przywoływać swoje sługi. Przypominały żywe trupy. Właściwie to chyba nawet nimi były. Nie czuły nic, liczył się dla nich tylko rozkaz swego pana. Nie zdarzyliśmy się jeszcze do nich przyzwyczaić. Walczyły dość dobrze, ale większość rycerzy nie miała większego problemu z pokonaniem ich. Mimo to wszyscy nie czuliśmy się zbyt dobrze walcząc z nimi. Może promieniowała od nich jakaś tajemnicza aura…?
- Danielu gotowy? – Szepnął do mnie dowódca.
- Tak – odpowiedziałem również szeptem – zakończmy to w końcu. I wtedy zaczęliśmy się zbliżać do nieprzyjaciela. Był kilkadziesiąt metrów od nas. Po chwili nas zauważył. Przywołał swoje sługi – nie lubiłem ich. Wtedy 6 rycerzy zaatakowało z obu stron. Większość ze sług skierowało się na nich. Dwoje pobiegło w stronę mnie i dowódcy. Nie mieli jednak z nami najmniejszej szansy. Szybie 2 ciosy i już nigdy więcej się nie poruszą. Nekromanta w tym czasie walczył z Mateuszem i Pawłem. Nie udało mu się tym razem wymknąć tak jak poprzednio. Dołączyłem wraz z dowódcą do walki. Nekromanta był jednak świetnie wyszkolonym wojownikiem. Zdołał zranić Pawła, ale powoli tracił przewagę, którą początkowo miał.
- Popełniacie błąd, duży błąd – próbował mieszać nekromanta jednak nie mieliśmy zamiaru przestać. Nasze ciosy były silne, ale nekromanta zdołał je odparować.
- Zapłacisz za wszystko, co zrobiłeś – stwierdził ze złością Mateusz.
Było to jakiś miesiąc temu. Jedna z wiosek naszego królestwa została całkowicie zniszczona. Prawie wszyscy mieszkańcy zginęli. Świadkowie widzieli nekromantę wraz ze swymi sługami. Tak więc jego wina była oczywista. Król natychmiast po otrzymaniu tej informacji rozkazał złapanie winnego. Przez 3 tygodnie słuch o nim zaginął, ale tydzień temu znów się pojawił. Wielu rycerzy przypłaciło życiem próbę powstrzymania go. Ich śmierć też jest jego winą.
- To nie ja jestem waszym wrogiem – wypowiedział te słowa z wyraźnym zmęczeniem.
- Ty to zrobiłeś! – Wypowiadając te słowa dowódca wyprowadził naprawdę bardzo silny cios. Nekromanta zdołał go zablokować, ale korzystając z tej okazji wyprowadziłem własny cios, pozbawiając go jego broni. Była dość dziwna. Przypominała metrowy prosty kij, tylko u góry miała coś w stylu czaszki. Nie zdziwiłbym się gdyby faktycznie była tam czaszka. Skoro mógł z niczego przywołać wojownika, z pewnością mógł też zmniejszyć czaszkę by ozdobić nią swoją broń.
- Teraz już nigdzie nie uciekniesz – powiedział dowódca przykładając więźniowi miecz do szyi.
- Ścigałem prawdziwych wrogów a wy mi ciągle w tym przeszkadzacie
- Nie mam zamiaru słuchać tych bredni. Mateusz zaknebluj go – rozkazał dowódca. Tak też zrobił.
Nekromanta był ubrany, jakżeżby inaczej, na czarno. Był wysoki, miał blisko 2 metry wysokości. W jego czarnych oczach nie można było wyczytać żadnych emocji. Podejrzewam, że może nawet nie ma ich całkiem. W końcu nie za często zdarza się by wybić całą wioskę.
- Nad czym tak rozmyślasz? Chyba nie powiesz mi, że mu wierzysz? – Z rozmyślenia wyrwał mnie głos dowódcy.
- Nie mam żadnych wątpliwości, że jest winny – odpowiedziałem szybko – powinien zapłacić za wszystko co zrobił. Powinniśmy jak najszybciej dostarczyć go pod sąd kapłanki – stwierdziłem.
- Czy ty w ogóle tu jesteś? – to pytanie Mateusza szczerze mnie zdziwiło.
- Kilka minut temu podjęliśmy decyzje, że za 15 minut ruszamy – wyjaśnił mi dowódca.
- W takim razie musiałem się zamyślić – nawet nie musiałem kłamać, bo faktycznie tak było. Nie miało to jednak związku z nasza misją. Ale teraz powinienem się skupić na niej.
- Pilnujcie go dobrze, nie może nam uciec – rozkazałem Mateuszowi i Robertowi, którzy go pilnowali.
- Bez obaw, nie ruszy się nawet o centymetr dalej niż mu pozwolimy – zapewnił mnie Mateusz.
Droga powrotna minęła mi bardzo szybko. Trochę się obawialiśmy „ciemnego lasu” – tak go nazwaliśmy. Wprawdzie wyglądem nie różnił się od innego lasu (też miał drzewa, ale to chyba nikogo nie dziwi), ale często zdarzało się by ktoś z niego nie wrócił i słuch po nim zaginął. Jednak nic się nie zdarzyło. Przebyliśmy kilka kilometrów drogi w tym lesie. Byliśmy gotowi odeprzeć atak, ale on nie nastąpił.
Słyszeliśmy pogłoski, że bywają tu jacyś źli magowie, ale jeśli ktokolwiek ich widział, to nigdy o tym nie powiedział. W każdym bądź razie byliśmy już dosłownie kilkaset metrów od bram naszego królestwa. Dla nas wydawało się duże, ale na tle sąsiednich należało do jednych z najmniejszych. Należało do niego kilkadziesiąt wsi no i oczywiście kilka wielkich budynków. Dwoma największymi był zamek królewski oraz świątynia naszej boginki. Zamek zajmował większa powierzchnie, ale był niższy. Miał kilkanaście komnat a w każdej znajdowało się okno. Po bokach znajdowały się po trzy kolumny z wyrytym w kamieniu pismem. Nie było to nasze pismo, ale starożytne. Dla naszej religii było bardzo ważne, choć tylko kapłanki potrafiły je odczytać. Dla rycerza takiego jak ja był to tylko niezrozumiały ciąg znaków.
Gdy tylko dotarliśmy do bramy powitał nas wartownik i powiedział nam byśmy udali się z więźniem do świątyni. Król i kapłanka już tam na nas czekali. Wcześniej wysłaliśmy zwiadowcę by przekazał wiadomość o pojmaniu nekromanty.
- W takim razie niezwłocznie tam idziemy – stwierdził dowódca.
Świątynia znajdowała się kilkadziesiąt minut drogi od bramy. Po drodze minęliśmy wiele domów. Ludzie nam się przyglądali i szeptali coś między sobą. Pewnie plotkowali o złapaniu nekromanty. Teraz najważniejsze było ukaranie go.
- Ciekawe czy będziemy mieli publiczną egzekucję – głośno zastanawiał się Robert.
- Już od ponad stu lat nie było żadnej egzekucji, ale z drugiej strony nie było tak wielkich przewinień – dodał Mateusz.
- Wątpię by pozostawili go przy życiu, ale raczej nie będzie to publiczne – wtrąciłem się do tych rozważań.
Po chwili byliśmy już u drzwi świątyni. Zostały zrobione z najlepszego drewna, którego nazwy w żaden sposób nie mogę zapamiętać. Na obu ich skrzydłach były namalowane obrazy. Lewy przedstawiał bunt istot, które na początku stworzyła bogini. Dzisiaj nazywamy ich demonami. Są przedstawiane, jako całkowicie czarne postacie, mające maksymalnie półtora metra długości. Nim zdążyłem przyjrzeć się drugiemu obrazowi dowódca otworzył drzwi. Zawsze, gdy mam spojrzeć na drugi obraz ktoś musi otworzyć drzwi i za każdym razem musi to być dowódca. Ale nie mam o to do niego żalu. Mam wręcz stu procentową pewność, że nawet nie zdaje sobie sprawy, że „nie daje” mi obejrzeć drugiego obrazu.
- Dobra robota rycerzu – pochwalił nas król. Pochwała zamiast powitania, zapowiada się dobrze.
- Złapaliśmy go z przyjemnością, już zbyt wiele zginęło.
Wymienili jeszcze kilka może kilkanaście zdań, nie jestem w stanie tego stwierdzić, bo przestałem ich słuchać. Zacząłem podziwiać bogato zdobione wnętrze świątyni. Najwięcej było złota, nie dziwiło mnie to. W sumie to bardzo dobrze znałem każdy szczegół świątyni. Jednak za każdym razem, gdy tu przebywałem wystrój mnie pociągał. Nie mogłem przestać zachwycać się nim. Może to był wpływ obecności boginki…
Po obu stronach świątyni znajdowały się ławki dla odwiedzających świątynie. Na końcu znajdował się ołtarz. Mogły się przy nim znajdować tylko kapłanki. W górze było kilkadziesiąt obrazów ukazujących wiele różnych scen ze świętych, starożytnych pism. Były oczywiście napisane tym pradawnym pismem, więc właściwie to tylko kapłanki je rozumiały.
- Popełniliście ogromny błąd uniemożliwiając mi walkę z prawdziwym wrogiem! - Ponownie zostałem wyrwany z zamyślenia. Tym razem było to spowodowane krzykiem nekromanty.
- To ty stanowisz zagrożenie – nasz dowódca nie ustępował
- Nekromanto – zwróciła się do niego kapłanka – jesteś oskarżony o wymordowanie całej wioski, uprawianie zakazanej magii i kradzież jednego ze starożytnych artefaktów.
- Nie ja to zrobiłem – próbował się tłumaczyć
- Więc kto to zrobił? Krasnoludki? – zapytał wściekły już Mateusz
- Demony.
- Demony?! Chyba żartujesz! Nikt ich nie widział od kilku wieków.
- Nie tak dawno miałam wizje we śnie, która mówiła o powrocie tych istot i ataku na ziemie ludzi – stwierdziła swobodnie kapłanka – powinniśmy potraktować to poważnie.
Kapłanka ubrana była w białą suknie sięgającą jej niemal do ziemi. Zakrywała jej prawie całe ciało. Na głowie miała kaptur. Jej niebieskie oczy, co mnie w sumie trochę zdziwiło, podobnie jak oczy nekromanty nie wyrażały żadnej emocji.
Nie zastanawiałem się nad tym jednak. Nie zdążyłem, ponieważ do świątyni wpadł bez pukania jakiś rycerz krzycząc, że ma bardzo ważne i pilne wiadomości do króla. Szybko powiedział, że dotarł do nas zwiadowca z południa z informacją, że zostali zaatakowani przez demony i proszą o wsparcie.
- Gdybyście się nie wtrącili być może powstrzymałbym je – nekromanta zaczął narzekać
- Dowódco zbierz wojsko i wyruszcie z pomocą na południe – rozkazał król
- Tak jest! – odpowiedział Piotr i pośpiesznie wyszedł zabierając wszystkich rycerzy. Miałem iść z nimi, ale król zwrócił się do mnie – Danielu, na czas nieobecności Piotra ty obejmiesz dowodzenie nad oddziałami pozostałymi w zamku. Pokiwałem głową. Musiałem się zgodzić. Ale nie stanowiło to dla mnie problemu. Mogłem przecież zostać przy przesłuchaniu nekromanty. Chciałem się dowiedzieć, dlaczego to zrobił. Chociaż domyślałem się, że jego wyjaśnienie może być wątpliwe.
- Demony mogą chcieć zaatakować ten zamek, atak na południu może być tylko odwróceniem uwagi.
- Dlatego część rycerzy zostało w zamku, naprawdę myślisz, że nie wziąłem tego pod uwagę? – zapytał go król z wyczuwalną lekko złością.
- Ich atak może być niezwykle potężny, na tyle, że bez mojej pomocy nie obronicie zamku – tego było już za wiele.
- Chyba sobie żartujesz? Jeśli myślisz, że cię wypuścimy to się grubo mylisz! – wypowiadając to prawie krzyczałem. Przyjrzałem się też jego oczom, ale nadal nie widać było żadnych emocji. Dyskretnie zerknąłem na oczy kapłanki, ale podobnie nie wyczytałem z nich nic.
- Być może jego pomoc być potrzebna – chyba moje spojrzenie na kapłankę zostało przez nią zauważone i pomyślała, że chcę by mnie poparła. No, ale najwyraźniej miała inne zdanie na ten temat.
- Nie możemy my ufać – nie mogłem pozwolić by został uwolniony, miałem jakieś złe przeczucia.
- Czy jesteś pewna, że możemy liczyć na jego pomoc? – spytał król, a ja myślałem, że się przesłyszałem – chyba nie mówisz poważnie? – spytałem naszego władcę.
- Jeśli to naprawdę demony stoją za tym wszystkim, pomoc nekromanty może być konieczna – taka odpowiedz nie spodobała mi się, ale wydawała się rozsądna. Ale moje przeczucie nie zniknęło.
Spojrzałem na króla, oczywiście miał na głowie koronę. Ubrany był w elegancki czerwony strój, ale spodnie miał czarne. Nie ma w tym nic dziwnego to był strój, w którym najczęściej się ubierał.
- …wtedy nekromanta mógłby przechylić szalę zwycięstwa na naszą korzyść – tylko tyle zdążyłem usłyszeć z ust kapłanki, gdy ponownie zacząłem słuchać.
Wtedy usłyszeliśmy dźwięk alarmu. Informował nas o zbliżającym się zagrożeniu z zewnątrz. Jako tymczasowy dowódca musiałem natychmiast udać się na mury ocenić zagrożenie i pokierować obroną. Gdy już wybiegałem ze świątyni usłyszałem jeszcze pytanie króla czy nekromanta przysięga bronić naszych ziem przed demonami. Duży błąd, pomyślałem, ale nie mogłem się wrócić i przemówić królowi do rozsądku. Powinniśmy najpierw przekonać się czy to faktycznie demony nas atakują.
Przebiegłem kilkaset metrów i w końcu dotarłem do schodów prowadzących na kilkunastometrowe mury. To, co tam zobaczyłem…nawet nie wiem jak to opisać. To nie były żadne demony. To byli słudzy nekromantów. Czyli jednak moje przeczucie mnie nie myliło. Postawiłem na obowiązki to było logiczne, ale i tak się będę o to obwiniał. Armia nieumarłych czy może raczej, nawet nie wiem jak ich poprawnie nazwać, w każdym bądź razie nie była to duża armia. Wtedy zrozumiałem, co się stało. Szybko krzyknąłem do towarzyszy by bronili królestwa, a sam zacząłem biec z powrotem do świątyni. Po drodze rozkazałem dwóm rycerzom by biegli wraz ze mną, wsparcie może się przydać.
Nekromanta naprawdę dobrze to rozegrał. Dał nam się schwytać by zbliżyć się do króla. Jego historia o demonach była przekonująca. Kapłanki od dawna twierdziły, że demony wrócą. Zwiadowca, który przybył z wieściami o ataku na południu na pewno był podstawiony przez niego. Dzięki temu większość żołnierzy ruszyła na południe, pewnie w jego pułapkę, ale znając Piotrka na pewno znajdzie wyjście z tej sytuacji. Teraz musiałem jak najszybciej udać się do świątyni, może król jeszcze żyje, ale szczerze to w to wątpiłem. Na pewno przewidział to, że gdy tylko zobaczę sługi nekromanty zrozumiem i przybiegnę z powrotem.
Byłem już przy samych drzwiach i po raz pierwszy nie spojrzałem na obraz. Otworzyłem szybko drzwi i biegiem wszedłem do środka. Po chwili moi dwaj towarzysze do mnie dołączyli. Nie myliłem się zarówno król jak i kapłanka leżeli na marmurowej podłodze w kałuży krwi.
- Zapłacisz za wszystko co zrobiłeś – wycisnąłem te słowa przez zaciśnięte zęby z bardzo wyraźną złością.
- Naprawdę myślałeś, że pojmanie mnie będzie takie proste? Słowo mnie wypowiedział z wyższością. Miałem tego już dosyć. Musiałem to zakończyć tu i teraz.
- To już koniec, nie skrzywdzisz nikogo więcej – zagroziłem mu, ale słabo mi to wyszło.
- A kto mnie powstrzyma? Ty? Nawet mnie nie rozśmieszaj - mało tego, że bezczelnie nas okłamał to jeszcze obraża.
- Dosyć tego. Bracia atakujemy – wtedy zacząłem biec, moi towarzysze zrobili to samo. Nekromanta znalazł swoją broń i spokojnie czekał aż do niego dobiegniemy. Uderzyliśmy jednocześnie, ale nekromanta nie tylko zablokował nasze ciosy, ale także powalił nas na ziemię.
Miałem wrażenie, że zrobił to celowo. Ja upadłem z prawej strony, a rycerze po lewej. Zanim zdążyłem się podnieść, nekromanta szybko przemieścił się do moich towarzyszy i przebił ich klatki piersiowe swoja bronią.
- nieeeee!!!! Krzyknąłem a on tylko się uśmiechnął. Pierwsza emocja, którą u niego zauważyłem. Bardzo dobrze udawał wszystko. Wstałem szybko i rzuciłem się na niego. Miałem wrażenie, że się ze mnie nabija. Nie miał najmniejszego problemu z odparowaniem moich ciosy, choć wyprowadzałem je bardzo mocno.
- Naprawdę myślisz, że możesz mnie powstrzymać? Jesteś zbyt słaby. Znowu się nie pomyliłem. Naśmiewał się ze mnie, po czym przeszedł do ofensywy. Zadawał ciosy bez opamiętania. Były bardzo silne, nie wiem skąd miał na nie siły. Co on je? Mimo to większość z nich blokowałem, ale powoli zaczynało mi brakować sił. Po kilkudziesięciu ciosach zdołał mi wytrącić miecz z ręki.
- Miałeś rację, że to koniec. Tylko, że nie mój tylko twój. Znów słowo mój powiedział z wyższością. Tego było już zdecydowanie za wiele. Nie miałem już sił, ale mimo to wyciągnąłem swój sztylet.
- He, i tym czymś masz zamiar mnie powstrzymać?
- Honoru mi nie odbierzesz – nie miałem najmniejszych szans w walce, niech boginka mi wybaczy, ale nie mogłem sobie pozwolić by ze mnie drwił. Rzuciłem się na niego. Ze śmiechem zranił mnie zanim go sięgnąłem.
Ta czaszka była niezwykle ostra. To musiała być magia. Ból, który poczułem w tym właśnie momencie był ogromny, ale byłem dość odporny na ból. Nekromanta pewnie myślał, że padnę, ale jeśli na to liczył to musiał się rozczarować. Zamiast tego pobiegłem w stronę mojego miecza.
- Jeszcze ci mało. I tak mnie nie powstrzymasz - chyba już nie muszę dodawać, że słowo „mnie” powiedział z wyższością. Miał ogromne ego.
- Puki jestem w stanie walczyć, będę próbował cię powstrzymać. Ktoś w końcu to zrobi.
- Mało prawdopodobne. Chyba też to przyznasz po tej drobnej próbce moich umiejętności, jakie ci pokazałem – miałem już dość tego jego wywyższania.
- Skoro jesteś taki niepokonany to, dlaczego dałeś się pojmać i kłamałeś zamiast po prostu otwarcie zaatakować zamek i zabić każdego, kto stanie ci na drodze?
- Nie rozumiesz? Cóż nie masz pojęcia o wielu rzeczach. Ale mniejsza z tym zaraz dołączysz do swojego króla.
Gdy tylko wypowiedział te słowa, drzwi świątyni się otworzyły i ujrzałem w nich dowódcę Piotra. Najwyraźniej odkrył spisek nekromanty. Ale zaraz nie był sam. Za nim wchodzili rycerze, ale nie nasi. Mieli lekkie skórzane zbroje, najzwyklejsze hełmy z czerwonymi piórami. Ich miecze wyglądały na lżejsze, trzymali je w jednej ręce, w drugiej natomiast mieli tarczę. Była dość drobna i okrągła. Nie miała żadnej ozdoby. Potem spojrzałem na nekromantę. Przywołał swoje sługi, było ich dużo. Ale towarzysze Piotrka wciąż wchodzili przez wejście. Bitwa była nieunikniona.
Po chwili zobaczył mnie dowódca, ale wciąż byłem zbyt blisko nekromanty. Piotr ruszył, ale w tym samym czasie nekromanta zranił mnie raz jeszcze, nie zabił jednak. Musiałby poświecić na to minimalnie więcej czasu, którego mogłoby mu zabraknąć by uciec.
Rycerze zajęli się walką ze sługami, które nie stanowiły dla nich żadnego problemu. Ale i tak poświęcili na to wystarczająco dużo czasu, by nekromanta zdołał się wymknąć. Gdy spojrzałem na siebie zobaczyłem dość dużą ranę i sporo krwi. Zrobiło mi się słabo. Podszedł do mnie jeden z rycerzy i zdjął hełm. Nie wiedziałem czy to, co widziałem było spowodowane utratą krwi czy tak naprawdę było. Jego uszy były inne. Spiczaste.
Każdy słyszał o elfach, miały być potomkami pradawnych faerii, istot władających potężną magią, jednak nikt nigdy nie mówił by ich widział. Po chwili usłyszałem głos jednego z elfickich rycerzy, by ruszyli w pogoń za nekromagiem. Pierwszy raz słyszałem tę nazwę. A może to tylko moje urojenia. Podszedł do mnie dowódca, ale jedyne co usłyszałem to „Danielu”. Potem straciłem przytomność.

Rozdział 2 - czyli elfy jednak istnieją
Byłem w jaskini. Przynajmniej tak to wyglądało. Nie byłem sam. Była ze mną dziewczyna. Nie widziałem jej dokładnie w słabym świetle pochodni, ale była bardzo piękna. Nie wiedziałem, co ja tu robię. Po chwili usłyszeliśmy coś za sobą. Odwróciliśmy się i zobaczyliśmy całkowicie czarne istoty. Przynajmniej na takie wyglądały w świetle pochodni. Nie atakowały, czekały na coś. Znowu coś było słychać tym razem z drugiej strony. Były to te same istoty, czyli czekały na posiłki.
- Gotowy? – spytała mnie piękna nieznajoma.
- Tak – odpowiedziałem. Stanęliśmy plecami do siebie i czekaliśmy na ich atak. Ale te istoty tylko czekały.
- Na co one czekają? – zapytałem
- Wydaje mi się, że a nas. Może chcą nas spowolnić.
- Atakujemy? Nie lubiłem czekać.
- Tak – ta odpowiedz mi nie pasowała, nie wiem dlaczego.
- Coś mi tu nie pasuje. Nie wydaje ci się to dziwne?
- Widywałam dziwniejsze rzeczy, ruszajmy.
Wtedy ruszyliśmy biegiem w przeciwne

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

walka żołnierzy